They paint their faces so differently from us

Życie mnie rzuciło znów do naszego klienta. Klient powiedział czekaj pan godzinę bo mamy fakapa, to zlezlem do kafejki miejscowej.

Akurat zaczynała się pora lunchu.

Czułem się bardzo nie na miejscu w moim polarze z Quechuy, wśród korpów w marynarkach i pod krawatem… Ale oni też. Mój stolik został zajęty jako ostatni :D.

They paint their faces so differently from us.

Nie tylko inaczej wyglądałem ale też co innego robiłem — czytałem sobie ‘Socrates contra Socrates in Plato’. A oni rozmawiali.

Ich rozmowy były dla mnie zupełnie abstrakcyjne:

— Mam takich dziwnych znajomych (chodziło o parę). Na każdej imprezie palą sziszę. — A
— A co to jest? — B
— [Opis siszy] — A
— Jakoś mi się to z narkotykami kojarzy… — B
— A co to daje? — C
— Mi tylko się nie dobrze robi…
— Co [imię dziewczyny] z tego ma?
— Chyba tylko to że jemu się tak podoba.

W ogóle o czym ta rozmowa jest? Co mnie interesuje czy ktoś pali sziszę. Znaczy może uniósł bym brew i tyle… Co mnie interesuje że ktoś obcy pali sziszę, trawę, fajkę… Może gdybym odkrył ten nawyk u M. bym się przejął, ale reszta świata po coś ma wolną wolę i mi nic do tego.

— Bo kiedy piłka uderza o murawę to zostawia jakiś ślad, ale nie ślad całego obwodu piłki, ale jakąś część, zależy od tego jak leci. (…) Przyjęło się 75% obwodu, bywa różnie, ale tak się przyjęło…

Czułem się niesamowicie obco. Gdybym był M. bym uciekł. A tak tylko podzieliłem się przemyśleniami z M., G. i Wami…

Wszystkie prawa zastrzeżone. Chcesz wykorzystać te materiały? Daj mi znać (mail, komentarz na forum, prywatna wiadomość) -- na pewno się zgodzę.